19 lutego 2018, poniedziałek
Fundacja Wspieram komentarzy: 0

Rok Josepha Conrada

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Życie rozgrywa się gdzie indziej (rozmowa)

 21 maja 2017 roku

Ja też mam tendencję do izolowania się itakiego myślenia, że jak pójdę do teatru, to to będzie bardziej twórcze niż oglądanie „Kuchennych rewolucji”. Tymczasem ta kultura nie najlepsza jest często bardziej wielomówna i witalna niż ta najlepsza. Obieg kultury wysokiej jest zamknięty, bawimy się w swoim kółeczku, wymieniając hermetyczne treści, a życie rozgrywa się gdzie indziej.

Ja nie mam telewizora, ale TVP oglądałam kiedyś w hotelu – i miałam wrażenie, że to wniknięcie do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Ksiądz oprowadzał reporterkę po mieszkaniu, gdzie Jan Paweł II „wzrastał w mądrości” i wszystko było odwrotnie niż w zwykłej nienarodowej telewizji, gdzie ma być szybko i kolorowo, i dużo dżingli. Reportaż toczył się w tempie refleksyjnym, kolory były jesienne, jakby panował tam rok 1987. Na drugim biegunie jest TVN, który pokazuje Polskę, której też nie ma – zoperowanych plastycznie ludzi, fluorescencyjne kolory i moc atrakcji.

Facebook chyba wielu ludziom daje poczucie obywatelskiego spełnienia: pisanie obwieszczeń i przeklejanie memów wystarczy do poczucia, że „walczę, nie zgadzam się”. Niesamowite jest też to, że w tym szale wycinania i wklejania, takich powielań i rozmnożeń, kompletnie gdzieś zaginęła instytucja prawdy i instytucja faktów. Gazeta „Fakt” będzie musiała zaraz zmienić nazwę na „Parafakt”.

Cała rozmowa: Sobolewska – Masłowska, Klick!!!

Anka Zhuravleva komentarzy: 0

Mały Książę

Gostyńska 36 komentarzy: 1

Gdzieś jutro, pod niebem (opowiadanie)








Do naszego domu przylegała pustynia. Za oknem piasek ciągnął się aż po horyzont. Nie rosło tam nic. Mieszkały tylko surykatki, z którymi się nie przyjaźniliśmy, oraz piesek stepowy, który ciągle spał, więc jakby go nie było. Kiedyś żyły tu jeszcze dwa pustynne pająki, ale się zeżarły: najpierw jeden zaczął żreć drugiego, a gdy ten się zorientował, zaczął pożerać pożerającego, i szło im mniej więcej po równo tak, że skończyły równocześnie i... zniknęły. Odtąd mieszkaliśmy sami i nikt nam nie przeszkadzał.


W niedzielę postanowiłaś odwiedzić ciotkę mieszkającą dwie pustynie dalej. Ja wziąłem koszyk i poszedłem na skały nazbierać soli, bo nam się kończyła. We wtorek wyszłaś do fryzjera, żeby zmienić wygląd. Ja zostałem w domu, bo soli nazbierałem już w niedzielę. Leżałem na plecach i liczyłem pory na naszym suficie, gdy przyszła ta dziewczyna. Zapytała, czy mogę pożyczyć jej trochę soli, bo jej się skończyła. Pożyczyłem jej sól, porozmawialiśmy o bzdurach i sobie poszła. W piątek wybrałaś się na fitness żeby schudnąć, chociaż mówiłem, że nie musisz chudnąć. Dziewczyna zjawiła się zaraz po twoim wyjściu, odniosła pożyczoną sól, chyba tę samą, którą jej dałem we wtorek, ale pewności nie mam, bo każda sól smakuje identycznie. Naplotła trochę głupot, więc ja też solidarnie naplotłem, a potem sobie poszła. W sobotę wyszłaś do oazy, wykąpać się w wodzie z minerałami. Dziewczyna długo nie przychodziła, ale w końcu się zjawiła. Od razu przeprosiła za spóźnienie, a ja, żeby pokazać że nic nie szkodzi, dałem jej twoje ulubione jabłko. Pytałaś mnie później, gdzie jest twoje ulubione jabłko, a ja okłamałem cię pierwszy raz mówiąc, że chyba ci się tylko zdawało, że tu było jakieś twoje ulubione jabłko. Przez miesiąc nie wychodziłaś z domu i już prawie zapomniałem o tej dziewczynie, ale kiedy poszłaś do krawcowej po nowy strój, dziewczyna znów się zjawiła, z pieskiem stepowym. Zapytała, czy nie zginął mi piesek, a gdy odpowiedziałem że nie, poszliśmy razem odnieść go tam, gdzie go znalazła. Piesek stepowy był bardzo zaspany i gdy tylko włożyliśmy go do jego nory na pustyni, z jej wnętrza dobiegło chrapanie. Następnego dnia wyszłaś po nowe rzęsy do oczu, chociaż tłumaczyłem, że stare są jeszcze dobre, ale ty uparłaś się że do nowego stroju stare nie są dobre. Wróciłaś wieczorem z katalogiem. Nalegałaś bym go oglądał razem z tobą, a kiedy odmówiłem i poszedłem spać, wpatrywałaś się w kartki przez całą noc. To był katalog nowych nosów. Rano wziąłem koszyk i poszedłem na skały po sól, ale soli nie znalazłem. Wróciłem do domu bez soli, a ciebie nie było. Zostawiłaś kartkę, że wychodzisz po nowy nos i wrócisz późno bo salon z nosami jest o trzy pustynie stąd. Pierwszy raz użyłaś słowa salon. Dziewczyna przyszła jak tylko skończyłem czytać twoją wiadomość. Zapytała, czy nie potrzebuję soli. Powiedziałem, że potrzebuję, więc wyjęła z koszyka, który ze sobą przyniosła, małą grudkę i podała mi, żebym spróbował czy mi smakuje. Spróbowałem, a potem podałem jej i ona też spróbowała. Tak zjedliśmy naszą pierwszą grudkę soli. Wróciłaś dopiero nad ranem, z nowym nosem, który mi się podobał, bo wyglądał jak stary, chociaż był nowy. Z triumfalną miną podałaś mi dwa katalogi z nowymi pępkami. Nie pojmowałaś, jak mogę nie chcieć oglądać nowych pępków, gdy ty bardzo chciałaś je oglądać. Wieczorem, kiedy szedłem spać, ty wciąż nie odrywałaś oczu od nowych pępków w katalogach. Rano odgoniłem trzy surykatki, które chciały ukraść sól z naszej spiżarni. Nakrzyczałem na nie i zagroziłem, że jeśli spróbują jeszcze raz, to pogadamy inaczej. Zdziwiłaś się tą sceną, powiedziałaś że nie miałaś pojęcia, że jestem na tyle staroświecki, żeby rozmawiać ze zwierzętami. Przeprosiłem i obiecałem, że to się więcej nie powtórzy. Była niedziela, a po niej był poniedziałek. We wtorek, gdy jeszcze spałem, wyszłaś z domu nic nie mówiąc, a ja wiedziałem, że udałaś się po nowy pępek. Przez dzień zastanawiałem się, czy już za tym razem odkryjesz katalog nowych marzeń, beze mnie? Dziewczyna zjawiła się dopiero nazajutrz rano. Przybyła na wielbłądzie osiodłanym do drogi. Usiadłem tuż za nią. Zwierzę ruszyło najpierw leniwie, a potem pokłusowało przez piach. Obejrzałem się, żeby zobaczyć nasz dom, ale wydma zdążyła go już przesłonić.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

David Ligare komentarzy: 0

Breakfast Break

Wilhelm Sasnal komentarzy: 0

Andrzej śpi (2003)

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Z ostatnich odkryć (opowiadanie)



Przyjęcie nie kończyło się jeszcze, ale już było widać że rozpoczęło się na dobre. W wielkim, starym, dobrze utrzymanym ogrodzie podawano mięsa, sałatki i alkohole. Nikt się tu z nikim nie kłócił, opowiadano zabawne historie, a panie dobrze wytrenowane do roli tła wybuchały śmiechem, kiedy tego oczekiwano. Rozejrzał się, i dostrzegł wokół siebie znajomych w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat. Nieliczni młodsi, niczym nie różnili się od półwiecznych kolegów i ich żon. Postanowił to przemyśleć samotnie w parku po drugiej stronie ulicy. Na przejściu dla pieszych zatrzymało go długie czerwone światło. Czekając na zielone, uzmysłowił sobie, że właściwie już może mieć wszystko; każdą rzecz, którą są w stanie kupić mu jego pieniądze. Ta dostępność wszystkiego, wobec jego ograniczonych, minimalnych potrzeb wydała mu się urągająca inteligencji. Na drugą stronę ulicy przeszedł na zielonym już człowiek inny niż ten, oczekujący na czerwonym. W parku doszedł do drewnianego mostu nad rzeczką przecinającą aleję dębowych olbrzymów. Oparł się o balustradę i spojrzał na rybę w wodzie. Ryba patrzyła mu prosto w twarz.

- Jak dobrze, że są surowe ryby – pomyślał głośno pod wpływem prostoty sytuacji. Nie wiadomo o czym pomyślała ryba. Gdy odpłynęła, został sam. Postał chwilę, licząc nie wiadomo na co, a potem zadzwonił po taksówkę i kazał się odwieźć do domu.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Ana TERESA-KATYA komentarzy: 0

Ma być ładny dzień, w sam raz na pranie